BALI – RAJ BOGÓW I DEMONÓW cz. 2

Bez tytułu

            Razem z Madejem jedziemy dalej w głąb wyspy. Po drodze zatrzymujemy się w lokalnym supermarkecie Krishna. Nazwa urzekająca. Z ciekawością udaję się do środka, dokonując oględzin towaru. W większej części jest to sklep z ubraniami różnego rodzaju. Jestem wdzięczny Madejowi, że mnie tu przywiózł, ponieważ ceny niektórych interesujących mnie artykułów, na przykład koszuli egzotycznych, znacząco różniły się od tych na bazarze. Były co najmniej czterokrotnie tańsze. Bardzo cenne rozeznanie przed podbojem bazarów. Moje zadziwienie wzbudził fakt, że przy każdym z wieszaków lub koszy z ubraniami był ktoś z obsługi. A tych wieszaków na niewielkiej przestrzeni było grubo ponad pięćdziesiąt. Każdy z nich znajdował się w odległości pół metra od siebie. Czyli sklep przy tym stoisku zatrudniał pięćdziesiąt osób, gdzie u nas zatrudniłby dwie, trzy osoby. No, góra może pięć.  Zachodzę w inną część sklepu, gdzie sprzedają suszone mięso, bo jest tak gorąco, że normalne mięso z lodówki szybko straciłoby swe właściwości spożywcze. I tam pomocą służy kolejnych kilkunastu pracowników. Wspomnę jeszcze tylko, że każdy z nich jest pomocny i życzliwy w stosunku do kopalń złota, które odwiedzają ich sklep. Podchodzę do kasy, a tam… kolejnych kilku pracowników. U nas jest to robota dla jednej osoby, a u nich dla co najmniej czterech. Jest praca? Jest! Bezrobocia nie ma. Tutaj bezrobotnym staje się skończona oferma, która pozostaje nim z wyboru, a nie dlatego, że pracy nie ma. Choćby była ona nie wiem jak nieopłacalna, to zawsze znajdzie się ktoś do niej. I nikt tu na tę pracę nie będzie narzekać.IMG_7582

            A u nas? No właśnie. Przydałyby się edukacyjne wycieczki naszych bezrobotnych, aby nauczyć się jak pracować i jak żyć.  Balijczyk żyje skromnie, ale szczęśliwie, nie zastanawia się, co będzie jutro, dla niego ważne jest dziś, nie liczy czasu, dlatego zawsze na wszystko go ma. Każdy dzień trwa tyle samo przez cały rok. Dzień w dzień słońce wschodzi o szóstej rano i zachodzi o szóstej wieczorem. Czasem tylko różni się od poprzedniego porą, kiedy niespodziewanie zaczyna padać deszcz. Przeciętny Balijczyk, czyli z reguły każdy, jest bardzo przedsiębiorczy. Jeżeli nie ma oficjalnego zatrudnienia zawsze znajdzie coś, co mógłby sprzedać. A co, jeśli niczego nie znajdzie? Sam wytworzy to coś. Dziwnym zrządzeniem losu mieszkańcy wyspy wyposażeni są w dar tworzenia czegoś z niczego. A to namalują jakiś obraz, a to wydłubią coś z drewna, a to zrobią jakąś plażową biżuterię. W niektórych przypadkach może otworzyć swoją działalność na plaży, oferując kompleksowe usługi turystyczne: masaże, sprzedaż coli, bintangów, plecenie włosów w dziwaczne kompozycje, manicure, pedicure, rękodzieło na poczekaniu i szereg innych usług plażowych. Jeszcze wspomnę, że przy każdym drzewie na plaży znajduje się szkoła windsurfingu, bo przecież każdy na wyspie posiada zdolności nauczycielskie w tej dziedzinie. Tak więc każdy robotę dla siebie znajdzie. Władze mają z głowy problem bezrobocia.

bintang – indonezyjska odmiana piwa Pilsner

            A jak to się przekłada na zarobki? Można tu być milionerem. Ja też nim byłem, z reguły na krótko, ale byłem. Walutą tutejszą jest rupia indonezyjska. Milion rupii to równowartość niecałych czterystu polskich złotych. Dowiedziałem się od Madeja, że najniższa oficjalna pensja wynosi milion dwieście tysięcy rupii, przy czym większość ludzi na wyspie tego dochodu nie osiąga. Dobijają zaledwie do ośmiuset tysięcy. Oczywiście bardziej przedsiębiorczy tubylcy zarabiają więcej. Madeja miesięczne wynagrodzenie wynosi około półtorej miliona. Na co dzień wynajmuje mieszkanie w Denpasar, stolicy prowincji. Właściwie mieszka w pokoju, bo mieszkaniem tego nie można nazwać. Za lokum dla swojej rodziny musi płacić miesięcznie sześćset tysięcy rupii, czyli prawie połowę swego wynagrodzenia. Mieszka razem z żoną i dwiema córkami, które chodzą do szkoły. Dzienne wydatki na osobę dorosłą to koszt około dziesięciu tysięcy[2], co pochłania drugą połowę pensji, a nawet trochę więcej. Żona zajmuje się drobnym rękodziełem, które sprzedaje kupcom na bazarze. Oszczędności Madej nie gromadzi, bo po prostu nie ma. Od urodzenia nie opuścił wyspy, więc nie widział innego świata poza jej brzegami. I jak mówi, chęci opuszczenia wyspy nie ma i mieć nie będzie, bo tu ma wszystko. Cała reszta do szczęścia jest mu zbędna. Balijczyków nie interesuje, co dzieje się na świecie. Ameryka? Gdzieś tam sobie jest. Europa? Gdzieś tam sobie jest, może na jakiejś wyspie na którymś z oceanów.

10 000 rupii indonezyjskich = ok. 3,70 PLN

            Jedziemy dalej. Do rodziny Madeja żyjącej na wsi. Po drodze mijamy niewielkie miasteczka i wsie. W zasadzie można powiedzieć, że cała droga to jedna wielka wieś, bo nie ma miejsca, aby przy niej choć przez chwilę nie było jakiegokolwiek domostwa. Niemalże przy każdym gospodarstwie działa jakiś interes! I nieważne, że obok sąsiad prowadzi ten sam biznes. Jeden sąsiad idzie kupować do drugiego, a drugi przychodzi na zakupy do pierwszego. Biznes się kręci, bezrobocia nie ma.

            Jadąc dalej, rozważamy sobie jak wyspa, która jest prowincją, ma się do całości, czyli do Indonezji. Jak się okazuje historia tego iście niezwykłego kraju sięga ponad milion lat! Czyli od momentu kiedy niejaki pithecantropus erectus przeszedł z Jawy na kontynent azjatycki. Całość republiki to ponoć siedemnaście tysięcy wysp. W zasadzie nie wiadomo, ile ich jest, bo nikt ich dokładnie nie policzył.IMG_7722

            Dzieje państwowości sięgają zaledwie do VII wieku p.n.e. Wówczas zaczęły pojawiać się na tych wysepkach niewielkie królestwa, których były tysiące. Dopiero jakieś dwa tysiące lat temu, pojedyncze imperia zaczęły się łączyć, stwarzając w ten sposób znaczące, lokalne potęgi. Liczebność Indonezyjczyków szacowana jest na dwieście trzydzieści milionów. Ale też sami krajanie nie wiedzą, ile ich jest dokładnie, ponieważ nikt nie był w stanie ich policzyć. Problemów przy rejestracji ludności przysparza mnogość górskich plemion i mieszkańców dżungli. Spośród tych setek milionów wyłania się ponad trzysta grup etnicznych! Głównie wyznawców islamu, hinduizmu i buddyzmu. Obszerne pole do popisu dla antropologów i religioznawców.

            Sam kraj to prawie pięć tysięcy kilometrów z zachodu na wschód i dwa tysiące kilometrów z północy na południe. Bali to zaledwie mały grzyb, bo taki ma kształt, o rozmiarach stu pięćdziesięciu na sześćdziesiąt kilometrów, z trzema milionami mieszkańców. Powierzchnia stanowi jedną czwartą powierzchni województwa dolnośląskiego. Mówi się, że jest Wyspą Tysiąca Świątyń i całkowicie należy się z tym zgodzić, bo każdy dom posiada swoją własną świątynię i codziennie składa się przy nich ofiary i modły. W sumie ponoć przydomowych sanktuariów jest około trzydzieści tysięcy. W muzułmańskim morzu wyspa jest enklawą hinduizmu, mimo że mieszkają na niej wyznawcy islamu, chrześcijaństwa i innych religii lub wierzeń. Ale jest jedno ALE, które nadaje jej wyjątkowy charakter. Balijczycy wytworzyli własną, niespotykaną nigdzie indziej odmianę hinduizmu. Jest to mieszanka wierzeń animistycznych z elementami hinduizmu, buddyzmu, mahajany i tantryzmu. Tak więc Bali jest oryginalne samo w sobie. Wszystko, co powstało tu, wywodzi się tylko i wyłącznie od jej mieszkańców i wielowiekowej tradycji, która pomimo zmieniających się czasów nie uległa wpływom z zewnątrz. Nikt w to nie ingerował. W stu procentach made in Bali.

            – Wyspę najlepiej poznasz odwiedzając prowincję – powiedział Madej. – Turyści siedzą tylko w hotelach, przez co nie wiedzą, jaka jest nasza prawdziwa rzeczywistość.

            Ucinamy rozmowę, dojeżdżamy do celu. We wsi szykuje się jakaś impreza. Wszyscy na wesoło, kolorowo i z uśmiechami na twarzach. Jest muzyka, są tańce. Zwabieni zapachem tlących się kadzidełek, zachodzimy pod świątynię w centrum wioski. Właśnie rozpoczyna się ceremonia kremacji zwłok.

mahajana – odmiana buddyzmu, która w praktyce stosowana jest jako medytacyjne wyciszenie (praktyka medytacyjnego przyzwyczajania się do dobroczynnych obiektów koncentracji, aż do uzyskania jedno-upunktowionego nieprzerwanego skupienia, oraz jako doskonałe widzenie (praktyka poglądu na naturę rzeczywistości uzyskana pod wpływem medytacyjnego wyciszenia i analitycznej wiedzy, aż do urzeczywistnienia bezpośrednio mądrości o rzeczywistości). Praktyki medytacyjnego skupienia i doskonałego widzenia (poglądu) stosuje się w ramach kultywowania w mahajanie Sześciu Transcendentalnych Cnót w celu nagromadzeniu zasługi i nagromadzeniu mądrości, aby osiągnąć Doskonałe Oświecenie dla pożytku wszystkich czujących istot.

tantryzm – hinduski kult ekstazy erotycznej, a zarazem religia o ezoterycznym charakterze pełna tajemnych rytuałów, zawiera trudną do interpretacji symbolikę, która dominuje w tej sztuce erotycznej. Wynika to ze ścisłego i złożonego powiązania wymiaru sakralnego z seksualnym.

            Na pierwszy rzut oka nic nie zapowiada uroczystości pogrzebowej. Wręcz przeciwnie. Gdybym przyjechał tu sam, byłbym święcie przekonany, że szykuje się we wsi wesele lub lokalny festyn. Rzeczywistość jednak była inna. Ulica na całej długości osady wyłączona z ruchu. Kobiety, dzieci i mężczyźni poubierani w kolorowe i charakterystyczne dla całej wyspy stroje, jednakże dominuje zdecydowanie kolor biały. Dookoła pełno kwiatów, a stoły syto zastawione owocami i pysznościami regionu – ryżem przyrządzonym na kilkanaście sposobów i rybami różnego gatunku. Można by rzec karnawał, gdyby nie to, że w centralnym miejscu ustawiona jest pstrokata platforma, udekorowana folklorystycznymi ozdobami, na której w środkowej części umieszczony jest sarkofag z ciałem denata. Im zmarły za życia był zamożniejszy, tym platforma wyższa, co zapewnić ma spektakularność pochówku i skrócenie drogi dobrym bogom, bowiem to oni, jak po schodach podwyższenia zejdą z nieba po duszę zmarłego. Kremacja jest ostatnim etapem drogi każdego Balijczyka.IMG_7820

            Zanim jednak dojdzie do głównej ceremonii kremacyjnej, tuż po śmierci ciało zostaje pochowane w tymczasowym grobie. Następuje wówczas okres przygotowań do tej najważniejszej uroczystości. Należy zgromadzić środki, pozwalające ugościć wszystkich przybyłych, rozesłać zaproszenia, zamówić grajków itd. Spalenie zwłok pozwala duszy całkowicie uwolnić się od ciała, tak aby dane było jej poddać się reinkarnacji, w którą tak bardzo tu się wierzy.

            Rozpoczyna się ceremonia. Uroczystości prowadzi kapłan ubrany w białe szaty, dookoła tlą się mdłe kadzidełka, przez wiernych przynoszone są ofiary w postaci plecionych koszyczków, zawierających kolorowe płatki kwiatów i odrobinę ryżu. Część z nich za chwilę spali się wraz ze zmarłym. Inna część smakowitych ofiar zostanie zjedzona podczas weselnej stypy. Uroczystości towarzyszy melancholijny dźwięk metalofonu, w który uderza jeden z grajków. Zapłacili mu, to sobie wali w metalowe blaszki bez jakiegoś oszałamiającego repertuaru. Wokół stosu odbywa się tradycyjny taniec balijski, a na wszystko z umocowanego na sarkofagu portretu spogląda czczony dziś mieszkaniec wioski. Mało kiedy zdarza się, że mieszkańcy wyspy umierają z powodu jakichś ciężkich chorób. Zazwyczaj jest tak, że każdy umiera tu śmiercią naturalną, ze starości.IMG_8557

            Za chwilę rozpocznie się kulminacyjny punkt ngaben – ceremonia kremacji. Mężczyźni podpalają stos, orkiestra gamelan podsyca atmosferę grając coraz głośniej. Mnie, nieznanemu tutejszych preferencji muzycznych słuchaczy, wydaje się, że członkowie zespołu walą w swe metalofony i bębny bez żadnego rytmu, przyprawiając o ból głowy. Gamelan w szeroko znaczącym tego słowa znaczeniu, to styl muzyczny charakterystyczny dla tego zakątka świata opierający się na brzmieniach tradycyjnych. Na zdolności poszczególnych członków zespołu trzeba niekiedy patrzeć z przymrużeniem oka. W skład typowego zespołu muzycznego,  wchodzi areofon, którego dźwięk wydobywany jest przez drgający słup powietrza zamknięty w przestrzeni rezonansowej, prościej mówiąc ichniejsza trąbka, bębny, gongi, ksylofony, metalofony i lokalne instrumenty strunowe.

            Intensywność modłów i zaangażowanie zgromadzonych w uroczystość, sprawia wrażenie, że widać głośne modlitwy unoszące się wraz z czarnym, gęstym dymem ku niebu. Po ceremonii prochy zbierane są do zdobionych, drewnianych pudełeczek, aby po dwunastu dniach wyrzucić je do rzeki lub posłać na bezkresne wody oceanu. A już następnego dnia, spacerując plażą, przechodziłem obok resztek spalonej, jeszcze gdzieniegdzie kolorowej wieży kremacyjnej.

            Ceremonia pogrzebowa sama w sobie jest ciekawa, a jeszcze bardziej można to odczuć, biorąc w niej udział  i zobaczyć jak takie wydarzenie jest ważnym przeżyciem duchowym dla lokalnej społeczności. Wiele agencji turystycznych sprzedaje turystom uczestnictwo w tego typu „rozrywkach”. Uważam, że jest to najgorszy z możliwych  sposobów spędzania wolnego czasu na wyspie. Płacąc za taką atrakcję, nijako opłacamy czyjąś śmierć za życia, a później z ciekawością bierzemy w niej udział, aby chwalić się znajomym jak bardzo nasz urlop był atrakcyjny… Dlatego warto w niej wziąć udział, tylko wtedy, gdy sami zapuścimy się w głąb wyspy, aby przypadkiem trafić na taką uroczystość.IMG_8199

            W końcu, gdy atmosfera się rozluźniła, zajadając się owocami rambutanu Madej opowiedział mi historię sprzed roku, kiedy spora część Indonezji została zaatakowana przez plagę włochatych gąsienic, które pożerały znaczne części upraw i roślin. Podczas, gdy inne wyspy w przeróżny sposób walczyły z wrogiem, Balijczycy rozpoczęli duchową walkę z robakami. Wpadli na pomysł, że najlepszym i najpewniejszym rozwiązaniem trapiącego mieszkańców problemu gąsienic będzie kremacja szkodników podczas specjalnych ceremonii religijnych organizowanych masowo na plażach. Wierzono, że dzięki tak uroczystemu spopieleniu, duch gąsienic powróci do bóstwa i spowoduje zatrzymanie pożerającej wszystko plagi. Po niedługim czasie bóstwo wysłuchało modlitw…

rambutan – inaczej śliwka chińska lub jagodzian. Pochodzi z Indonezji i tam też znajdują się największe plantacje tej rośliny. Owoce rambutanu rozwijają się z wiech kwiatowych zwisających z długich łodyg rosnących na wiecznie zielonym drzewie, którego wysokość może sięgać nawet 20 metrów. Owoce te są wielkości śliwki i mają grubą, pokrytą miękkimi włoskami skorupę. Może ona być koloru purpurowego, żółtego lub pomarańczowego. W środku znajduje się nasiono otoczone przezroczystym miąższem. Na ogół jest ono niejadalne, choć niektórzy jedzą je po uprażeniu. Miąższ natomiast ma słodki, soczysty i orzeźwiający smak – zależny jednak od odmiany.

            Dlaczego kremacja jest tak ważnym elementem w życiu religijnym każdego Balijczyka? Dlatego, że wierzenia w swojej idei wytworzyły byty zwane bhutami. Najprościej mówiąc, są to istoty niewidzialne, z reguły złośliwe i dręczące, nie dające mieszkańcom spokoju, krążące wokół domostw i ich lokatorów. Są to dusze tych, których ciała wcześniej nie dostąpiły kremacji i przewidzianych do tej okoliczności odpowiednich obrzędów religijnych, przez co nie mogły przeniknąć do świata wysokiego – odpowiednika nieba dla katolików –  i błąkają się po ziemskim świecie…

            Następnego dnia wyruszyliśmy na dalsze poznawanie wyspy…IMG_7763


cdn…