BALI – RAJ BOGÓW I DEMONÓW cz. 1

Bez tytułu

            U nas była zima. Tam natomiast, gdzie miałem zamiar udać się panowała pełnia lata. Zresztą tam zawsze jest taka pora roku, za wyjątkiem 2-3 stopniowego ochłodzenia, kiedy akurat pada. A pada często i obficie podczas pory deszczowej. Gdyby zapytać kogokolwiek, gdzie znajduje się Bali myślę, że miałby problem z lokalizacją, ale na pewno by o tym zakątku świata słyszał lub marzył, aby się tam znaleźć. No cóż, dosyć tych dygresji.

            U nas była zima, na zewnątrz minus dziesięć stopni, pochmurno, szaro, wręcz bezbarwnie. Wyszedłem z domu, ciągnąc za sobą walizkę wypchaną tylko krótkimi portkami i t-shirtami. Zero swetrów, polarów, ciepłych skarpet. I były jeszcze sandały. Na głowie miałem słomiany kapelusz, idealny do ochrony przed równikowymi promieniami słońca. Od lotniska dzieliło mnie około pół godziny drogi…

            Po raz pierwszy w życiu moja noga miała stanąć w tropikach. Dla mnie wydarzenie bezprecedensowe. Udawałem się na eksplorację nieodkrytej przeze mnie ziemi. Eksploracja – lubię używać tego słowa, bo… żadne inne mi nie odpowiada. Wojaże dzisiejszych turystów to niczym podróż do fast foodu: krótka wizyta w lokalu, gdzie spożywa się serwowane na poczekaniu pseudopożywienie. Tymczasem Jacek Pałkiewicz w swojej Sztuce podróżowania mówił, że eksplorator to już ktoś. Sumiennie przygotowuje swoją wyprawę od A do Z, poszukuje, odkrywa. Zdobywa wiedzę przed wyjazdem, bo wie, że ma to wpływ na to, co i jak zobaczy. Eksplorator ucieka od turystycznego zgiełku, od śmierdzących masowych restauracji, od lśniących kiczem luksusowych hoteli. Wtapia się w lokalną społeczność, podgląda, obserwuje, nawiązuje kontakt z tubylcami. Szuka obiektywnej rzeczywistości. I dlatego właśnie lubię używać tego słowa, gdziekolwiek bym nie był. Nawet w zapchanym Wiedniu czy Paryżu można znaleźć tubylca wartego więcej niż jakiekolwiek słynne atrakcje. I Targ owocówchoć zazwyczaj jest tak, że miejsca, w które się udaję, już dawno zostały odkryte i obsmarowane  w przewodnikach, to w moim przekonaniu pozostanie to eksploracja. Dla mnie to zawsze spotkanie z nieznanym, gdzie nagromadzenie różnorakich splotów wydarzeń budzi wzruszenia i dostarcza niezapomnianych przeżyć. Ludzie mówią, że podróże w dalekie zakątki świata są niemożliwe lub trudno osiągalne. Twierdzą, że środki finansowe im nie pozwalają, często usprawiedliwiają się, że czasu nie mają. A ja mówię, że to nieprawda. Fundusze zawsze można znaleźć, świnka skarbonka czyni cuda. Czasu mamy pełno, trzeba umieć go odpowiednio wygospodarować. Wiem, byłem, przeżyłem i wróciłem cały. Jak za każdym razem. Wystarczy tylko trochę wyobraźni, szczypty dobrej motywacji, hartu ducha, wewnętrznej dyscypliny, umiejętności adaptacyjnych, no i oczywiście odporności na stres. Tak wygląda przepis na własną eksplorację. Mimo tego, że odwołano samolot dwanaście godzin przed wylotem, zachowałem zimną krew i postawiłem na swoim. Tak więc udawałem się w moje własne odkrywanie kropki gdzieś na Oceanie Indyjskim – tak jest zaznaczona na moim globusie. W słomianym kapeluszu, w samym środku zimy. Od tej kropki dzieliło mnie zaledwie… kilkanaście tysięcy kilometrów…


            Po siedemnastu godzinach spędzonych w powietrzu i ponad dobie całej podróży, pokonując olbrzymie lotniskowe dżungle we Frankfurcie i Singapurze, przeskakując przez IMG_7967równik, znalazłem się po drugiej stronie kuli ziemskiej. Jeszcze przed kilkudziesięcioma godzinami była to dla mnie kropka na mapie świata. A już za chwilę po raz pierwszy stanąłem w tropikach – ubrany jak na naszą polską zimę… W moim malutkim, samolotowym okienku ukazało się lotnisko Denpasar Bali. Było grubo po północy. Tak czarnej nocy jeszcze nie widziałem. Żółte latarnie rozświetlały tereny lotniska. A lecieli różni: dzieci, młodzi, starzy, Niemcy, Australijczycy, Singapurczycy, Rosjanie, z którymi byłem notorycznie mylony, muzułmanie, buddyści, hindusi. Dosłownie mieszanka wszystkiego i wszystkich. A wśród nich ja. Każdy przyleciał w celach turystyczno-wypoczynkowych: napić się, objeść, opalić, wyszaleć i temu podobne. Ja przybyłem eksplorować.

            Wraz z innymi turystami zacząłem opuszczać samolot. Dochodzę do wyjścia klimatyzowanego samolotu. Wychodząc poczułem się jakbym dostał w twarz mokrą, stęchłą szmatą. Uderzyła mnie temperatura tamtejszego klimatu w towarzystwie dziewięćdziesięcioprocentowej wilgotności powietrza. Wokół unosił się zapach lotniczej ropy, porozlewanej na płycie lotniska. Plus trzydzieści stopni na powitanie, sprawiło, że momentalnie moja twarz i ręce pokryły się wilgocią zmieszaną z potem. W sumie czterdzieści stopni różnicy między tym, co pozostawiłem w kraju, a tym, co zastałem na wyspie. O naszej polskiej porze roku mogłem zapomnieć.

            Uprzejma obsługa lotniska zapraszała nas do autobusu, mającego zawieść wszystkich do terminalu (raczej powiedziałbym, że był to korytarz przylotów), wykrzykując z uśmiechami na twarzach: Welcome on Bali island! Have you nice holiday! Kto by mnie tak powitał w Polsce?

            Po dotarciu do kameralnej hali przylotów trzeba swoje odstać w kolejce do pięknie
wyrzeźbionego kiosku w którym funkcjonariusze sprzedają wizy. Interes niezły, zwłaszcza, że prawie w każdej minucie ląduje tu samolot z kolejną partią spragnionych gorąca turystów. Odczekałem, odstałem, zapłaciłem. Teraz jestem tutaj już legalnie, z możliwością pobytu do trzydziestu dni. Odbieram bagaż i udaję się do wyjścia. Wcześniej trzeba jeszcze przejść przez pasaż kilkunastu kantorów, których właściciele z wyciągniętymi rękami zapraszają do dokonania jakiejkolwiek transakcji. Głupi ten co się skusi i skorzysta z wymiany walut, bo kurs po dokładnym przeliczeniu jest z wielką korzyścią dla właściciela interesu. Do takich rzeczy trzeba mieć tu głowę, o czym można przekonać się później – zazwyczaj po fakcie. Wychodząc z hali przylotów oprócz ponownego uderzenia fali gorąca, trzeba zmierzyć się ze szturmem oczekujących odbiorców przybyłych wczasowiczów, którzy przylecieli razem ze mną. Rzesze taksówkarzy i innych zniecierpliwionych z tabliczkami. Z lekkim trudem odnajduję swoją. Z racji późnej pory umówiłem się wcześniej, że ktoś mnie odbierze i dostarczy do hotelu. Kierowcą jest Balijczyk z krwi i kości. Niezwykle usłużny, miły i wesoły, na pierwszy rzut oka udało się to zauważyć. Miał na imię Made. Jak się później dowiedziałem, imię to jest jednym z najpopularniejszych na wyspie, bowiem oprócz tego, używa się tylko czterech imion męskich: Wayan, Nyoman i Ketut.
– Skąd pochodzisz?
– Z Polski, z Europy. – Przez chwilę obawiałem się, czy będzie się IMG_8279orientować, gdzie leży mój kraj.
– Aaaa Germaniaaa! – Moje obawy były słuszne, więc usiłowałem naprostować mu gdzie leży Polska…
– Polska leży obok Germanii!
– Aaaa Raszja! – i tu zaczął się pierwszy zgrzyt o Ruskich, z którymi później notorycznie miałem być mylony… Aby było prościej, wytłumaczyłem, że Polska znajduje się między jednym krajem, a drugim.
– Aaaa Polandia! – w końcu zaskoczył, choć dalej miałem wątpliwości, czy zdaje sobie sprawę, gdzie to jest. Dyplomatycznie zmieniłem więc temat, pytając o pogodę. „Wieczorem padało” – stwierdził. Tyle to wiedziałem sam, bo wkoło było mokro. Ale zapytać wypadało, aby podtrzymać rozmowę. Po tym, jak opowiedziałem mu, z jakiego zimna przybywam, stwierdził, że śniegu nigdy nie widział, a jego mina wskazywała na to, że nie był w stanie sobie wyobrazić, ile to jest minus dziesięć stopni. Ba! Nie był w stanie odczuć zimy na własnej skórze, której u niego nigdy nie ma.

            Mimo tak późnej pory, ruch na drodze do hotelu jest przeogromny. Zżerała mnie IMG_8234ciekawość, bo po pierwsze, pierwszy raz zapuściłem się tak daleko, po drugie, to był mój jedyny, jak dotąd, kontakt z tak odległą, obcą mi kulturą i religią, a po trzecie, dziewicze spotkanie z tak tropikalnym klimatem. Wieczór był ciemny jak dno studni, niewiele można było zobaczyć zza okien samochodu.

            Podjeżdżamy na podjazd hotelu. Do auta podchodzą ochroniarze, ubrani i uzbrojeni jak funkcjonariusze jednostki antyterrorystycznej. Jeden trzyma okrągłe lustro na długim wysięgniku i wkłada je pod auto, celem sprawdzenia podwozia, drugi latarką oświetla zawartość wnętrza pojazdu, otwiera bagażnik i sprawdza czy nie ma w nim czegoś podejrzanego. Czemu ma służyć ten rytuał? Tego dowiem się nazajutrz. Teraz jednak po wszystkim, otwiera się szlaban i wjeżdżamy. Obsługa obchodzi się ze mną jak z królem. Nieprzyzwyczajony do takiego traktowania, zabieram swoje rzeczy i czym prędzej podążam odespać długotrwałą podróż. Usatysfakcjonowany, w całości byłem już na rajskiej wyspie, krainie duchów, bogów i demonów.


            Następnego dnia, mimo gorąca, do którego musiałem się przyzwyczaić, co udało mi się bardzo szybko, udałem się na rozpoznanie pobliskiej okolicy. Wychodząc pewnym krokiem i bez żadnych zahamowań popełniłem błąd, dlatego, że nie zapewniłem sobie komfortu poruszania się po lokalnych ulicach i bazarach bez jakichkolwiek zaczepek. Aby zagwarantować sobie ten komfort powinienem najpierw się opalić. I to porządnie, ponieważ dawałem wyraźną oznakę, że jestem na wyspie nowicjuszem. A ja byłem blady jak śnieg. I przez to stałem się łatwym i atrakcyjnym kąskiem dla okolicznych handlarzy, taksówkarzy i masażystek.

            Idę ulicą, chodnikiem, pod którym płyną ścieki, ale tylko wtedy, gdy pada deszcz, bo w suche dni wszystkie odpady w rynsztoku zasychają aż do następnego deszczu. Przejeżdża samochód. BIP! Klaksonem ktoś hałasuje, więc nie zwracam uwagi. Normalne. Idę dalej. Za chwilę kolejne BIIPP!! Znowu ktoś drażniąco daje sygnał. Rozglądam się i żadnej sytuacji wymagającej użycia klaksonu na ulicy nie zauważam. Więc idę dalej. Kolejne BIIIPPP!!! BIIIPPP!!!! Odwracam głowę i równo w moim tempie jedzie taksówka, z natrętnym facetem wołającym:

 – Taksi boss!!! – i to bynajmniej nie było zapytanie, lecz okrzyk. Przecież to normalne, że jak będę potrzebować podwózki, to sobie ją przywołam sam. Tutaj najwidoczniej to nie było normalne. I tak każdego dnia. Gdziekolwiek bym się poruszał. Klakson na mój widok. Gdy opaliłem się, nikt na mnie już nie trąbił.

            Wyspa słynie z rozkosznych balijskich masaży. O dziwo prawie wszyscy znają się na sztuce jego wykonywania. Każdy jest specjalistą i robi to na swój sposób. Przy jednej ulicy znajduje się kilkanaście „salonów” specjalizujących się w tej branży. Przed każdym stoi stadko IMG_8227ładniejszych i brzydszych masażystek, zachęcających do skorzystania akurat właśnie z ich usług. A robią to w sposób wręcz denerwująco skomlący. Yes masas boss?? Yes masas boss?? Niczym wyuczone formułki. Nawet przechodząc drugą stroną ulicy potrafiły wykrzykiwać za mną: Boss masas yes?? Gdy opaliłem się, nikt już za mną nie krzyczał. Swoją drogą kto wie, co by mnie spotkało w takim salonie masażu…

            Zachodzę na niewielki bazar. Rozpoczyna się bitwa o klienta. Na takim typowym targowisku jest kilkadziesiąt stoisk. Każdy oferuje to samo, mniej więcej w identycznych cenach. Różnica polega jedynie na tym, kto niżej zejdzie z ceną w dół. Nie można spokojnie pooglądać interesujących nas rzeczy, bo sprzedawca próbuje jak najszybciej dokonać z nami transakcji, abyśmy nie uciekli do konkurencji. Staje się wtedy natarczywy, nachalny i nieznośny. Opaliłem się, spokojnie mogłem poruszać się po bazarach, przebierając w czym się da i ile się da, bez żadnych natręctw.

            Morał z tego taki, że każdy turysta to dla tutejszych chodząca kopalnia złota. Im świeższa, tym bardziej podatna na wydobycie surowca – pieniądza, którego tu złoża umiejętnie się eksploatuje.


         Kolejnego dnia przyjeżdża po mnie Madej, aby zabrać mnie w głąb wyspy. Jak za pierwszym razem, jego auto poddane jest szczegółowej kontroli przed wjazdem do hotelu. Zapytałem go, po co takie ceregiele. Przy każdym hotelu znajdował się bowiem mały posterunek ochrony, który podejmował te same czynności jak i tu. Madej opowiedział mi całą, wstrząsającą historię.

            Było zwykłe leniwe popołudnie dwunastego października 2002 roku. Jak co wieczór młodzi ludzie i całe rzesze turystów wychodziły na główną ulicę rozrywkowej Kuty, gdzie znajdują się różnorakiego rodzaju bary, puby, restauracje i dyskoteki. Nic nie zapowiadało tego, co miało nadejść wieczorem. Była godzina 22. Podczas, gdy tłumy młodych ludzi z całego świata bawiły się beztrosko w jednej z najpopularniejszych dyskotek na wyspie, samobójca zdetonował ładunek wybuchowy, który wniósł w małym plecaku. Rozległ się jeden wielki lament setek młodych ludzi krzyczących z przerażenia. Odgłos wybuchu był ponoć słyszany w odległości około piętnastu kilometrów. Spanikowany tłum zaczął wybiegać na ulicę. Ranni i przerażeni ludzie w popłochu gromadzili się przed miejscem zdarzenia. Dokładnie tego  oczekiwali terroryści. Chwilę później przed klubem wybuchła druga, ważąca ponad tonę i dużo silniejsza bomba, którą ukryto w białej ciężarówce. Siła eksplozji zrównała z ziemią budynek klubu, pozostawiając krater o głębokości prawie jednego metra. Pożar ogarniał kolejne zabudowania popularnej dzielnicy Kuty. Wszędzie leżały porozrywane na strzępy ciała turystów, wielu ofiar zamachu nie można było zidentyfikować, bo zwłoki były zwęglone. Dziesiątki ofiar zamachu doznały bardzo poważnych poparzeń. Miejscowy szpital nie był w stanie udzielić pomocy wszystkim potrzebującym. Ognia nie udawało się ugasić przez wiele godzin. Eksplozja powybijała szyby w promieniu pięciuset metrów. Zniszczonych zostało kilkanaście samochodów. W okolicy klubów unosił się w powietrzu smród spalonych ciał.
IMG_8204

            Balijczycy dotąd nie znali takiego typu zagrożenia. Nie byli nawet w stanie sobie wyobrazić tego, że celem ataków terrorystów stanie się ich wyspa, pozbawiona jakichkolwiek zmartwień. Terroryści wybrali sobie miejsce, gdzie najmniej się ich spodziewano.

            Według oficjalnych danych, w tym tragicznym wydarzeniu zginęły dwieście dwie osoby. Głównie turyści między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, którzy spędzali wieczór w feralnym barze i okolicy. Ponad trzysta osób zostało ciężko poparzonych lub rannych. Jedną z ofiar była polska dziennikarka Beata Pawlak. Jak się później okazało, za tymi aktami terroru stała islamska organizacja Dżimah Islamija, a za nią Al-Kaida. Trzech terrorystów zostało schwytanych i skazanych przez indonezyjski sąd na karę śmierci. Wyrok wykonano przez rozstrzelanie w 2008 roku.

            Balijczykom wyrządzono niesamowitą krzywdę. Odnotowano znaczący spadek przylatujących turystów, co spowodowało obniżenie wpływów dochodów z turystyki, która stanowi kluczowy element gospodarki wyspy, szacowany na około osiemdziesiąt procent. Balijczycy musieli na nowo odbudować zaufanie turystów z całego świata, bo dla nich każdy turysta jest na wagę złota. A swego majątku powinno się strzec. Od tamtej pory kontrole antyterrorystyczne są wszędzie, gdzie może pojawić się zagrożenie. Goście muszą być w pełni chronieni i czuć się bezpiecznie.
IMG_8237

            Madej opowiadając, nie ukrywał łez. Był świadkiem tragedii, jakiej nie wyobraziłby sobie nikt. Zatrzymujemy się pod pomnikiem upamiętniającym wszystkie ofiary tego feralnego dnia. Widzę obrazki zabitych pozostawione przez rodziny. Kwiaty, znicze, kamyczki ustawione jedne na drugim i tabliczkę z napisem see you soon. Odnajduję także napis POLANDIA, a pod nim Beata Pawlak. To były jej ostatnie wakacje…


cdn…